Najpierw „mam nadzieję”, potem „tracę nadzieję”, by w końcu powiedzieć „odzyskuję nadzieję”. Nadzieja wpisana jest w nasze życie, a mimo to nazywana matką głupich. Czyżby natura faktycznie uczyniła z nas kamikadze, czy może nadzieja to jednak życie? O tym mówi mózg.
MARTA WITKOWSKA

Sia w mzgu 2   Sia w mzgu 1

Zdjęcia:  https://pixabay.com/

W chwili przebudzenia rozpoczynamy swój żywot w  zbiorze oczekiwań. Mogą dotyczyć spraw błahych, jak odpowiednia pogoda, lub całkiem wielkich, jak wyzdrowienie czy podwyżka w pracy. Jeśli mamy oczekiwania wobec życia, oznacza to, że żywimy nadzieję.


Mam nadzieję

Nadzieja jest ogólnodostępna i każdy może jej doświadczyć, choć wielu nie zdaje sobie sprawy z jej posiadania, póki jej nie utraci. Tymczasem nadzieja jest potężną siłą ludzkości – wiarą w spełnienie życzenia, oczekiwaniem na owo spełnienie, ale także obawą, że tak się nie stanie. Jest wręcz stwarzaniem przestrzeni na nadejście czegoś nowego, a oczekiwanie jest jej cechą charakterystyczną. Jest ściśle łączona z heroizmem, odwagą i silną postawą, bo oznacza obronę siebie. Filozof i myśliciel – ks. Józef Tischner – ukuł termin „nadzieja dojrzała”. Wtedy, gdy człowiek jest dojrzały, przynosi światu owoce w postaci wartości. Wówczas nadzieja również jest dojrzała – osadzona w świecie rzeczywistym, a nie od rzeczywistości oderwana. Dla przykładu – czekając na wymarzonego partnera życiowego, nie można zaprzestać zapobiegania przeciwnościom losu. I właśnie do tego potrzebny jest heroizm – by bronić siebie i owocu swoich wartości w świecie. Kiedy rozum mówi o danej prawdzie, nadzieja mówi o wartości każdej prawdy samej w sobie, dla której warto żyć. Jednak w tym wszystkim nadzieja nie daje nam żadnej gwarancji spełnienia naszych oczekiwań, przynosi niepewność i wahanie. Mimo tego stanowi élan vital – życiowy pęd twórczy rodem z filozofii Henri Bergsona – życiodajną siłę, która ostatecznie trzyma człowieka na powierzchni życia. Zdaniem profesora Zygmunta Baumana „nadzieja czyni życie wartym życia”. A gdzie jej szukać? Przede wszystkim...


W głowie

Oszukać organizm jest niezwykle łatwo. Wystarczy podać tzw. pigułkę cukru zamiast leku przeciwbólowego, oczywiście nie informując o tym fakcie uczestników eksperymentu, i czekać na rozwój sytuacji. Efekt jest taki, że u części osób dolegliwości bólowe ustaną. Jest to tzw. efekt placebo – „leczniczy”, lecz bez podania leku, który może wywołać pozytywny efekt względem oczekiwanych korzyści. Właśnie takie badanie przyczyniło się do poszukiwań mózgowego obszaru nadziei. David J. Scott wraz z  zespołem Wydziału Psychiatrii Uniwersytetu Michigan w USA przeprowadził badanie efektu placebo w odczuwaniu bólu. Część uczestników badania otrzymała lek przeciwbólowy, a część cukrową pigułkę, czyli placebo.

Oczywiście badani nie wiedzieli, co dostali. Następnie ich mózgi poddano skanowaniu funkcjonalnym rezonansem magnetycznym (fMRI). W obu grupach zaobserwowano aktywację tzw. systemu DA-D2 w prążkowiu. Prążkowie jest strukturą podkorową mózgu z dużą liczbą neuronów dopaminergicznych, tj. reagujących na dopaminę – DA, przez obecność receptorów D2 (stąd nazwa układu prążkowia: DA-D2). Dopamina jest neuroprzekaźnikiem wiązanym z układem nagrody, motywacją, uzależnieniami, natręctwami, przez co koordynuje także czynności motoryczne i poznawcze. Drugim etapem badania było obiecane wynagrodzenie pieniężne. Ponowne skanowanie mózgów badanych wykazało, iż u osób z wysokim efektem placebo, czyli u tych, u których po podaniu cukrowej pigułki ból minął, wystąpiła silna aktywacja szczególnego miejsca prążkowia – jądra półleżącego. Stwierdzono, iż to ono jest centralnie aktywowane podczas oczekiwania na nagrodę oraz w efekcie placebo. Aktywność neuronów w jądrze półleżącym była wprost proporcjonalna do ilości uwalnianej dopaminy. Oczekiwany efekt placebo, mimo że nieuświadomiony przez badanego, jest tym, co ludzie nazywają nadzieją, czyli wiarą z oczekiwaniem na efekt, tak jak podczas świadomego oczekiwania na nagrodę. Oszukanie organizmu w efekcie podania placebo w rzeczywistości uruchamia procesy motywacyjne, możliwe do uzyskania dzięki aktywności dopaminy.

Zespół naukowców z Wydziału Psychologii i Farmakologii Szkoły Medycyny Uniwersytetu Wake Forest w Północnej Karolinie, w USA wykonał inne badanie. Najpierw zeskanowano mózgi 20 makaków, które żyły w zamkniętych klatkach, a następnie je wypuszczono. Zwierzęta w swojej społeczności szybko ustanowiły hierarchię. Po tym doświadczeniu ponownie zeskanowano ich mózgi. Okazało się, iż u makaków z wyższych szczebli społecznych aktywność receptorów D2 była o 20% wyższa niż u zwierząt z dolnych pięter hierarchii społecznej. W drugim etapie wszystkie zwierzęta poddano działaniu kokainy. Wynik wykazał, że zwierzęta o wyższym poziomie aktywności receptorów D2 były mniej podatne na uzależnienia. Oznacza to, że poziom ich motywacji i energii życiowej był wyższy. Obydwa badania wskazują, że im wyższa aktywność obszaru prążkowia, związanego z działaniem dopaminy, tym większy stopień motywacji do działania i oczekiwanych skutków, czyli intensywność nadziei.


Tracę nadzieję

Profesor Zygmunt Baumann określał nadzieję jako „jedyny element nieśmiertelny w człowieku”. Twierdził, że jest niezniszczalna, bo umiejscowiona nie w teraźniejszości, a w czasie przyszłym. Mimo to zdarza się poczucie utraty nadziei. Wówczas mózg działa podobnie jak w stanie depresji. Selekcja bodźców jest bardzo zaburzona – zarówno tych o charakterze fizjologicznym, jak i poznawczym. Dla człowieka oznacza to bezrefleksyjne trwanie. Osoba taka zapada się w sobie, jest pozbawiona motywacji do działania. To tak, jakby utracić życiodajną siłę – przychodzi rozpacz i w jakimś sensie koniec samego człowieka. Taki moment może nadejść wtedy, gdy znajdujemy się w sytuacji – dosłownie – beznadziejnej, gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że nastąpi jedyne niepomyślne rozwiązanie. Zdarza się, że bezczynnie czekamy na cud, a to oznacza, że dotarliśmy do granicy, za którą niknie nadzieja, a wraz z nią zamiera nasze działanie – biernie przyjmujemy wyroki losu. Może być też odwrotnie. Albert Einstein mówił o nieustępliwej nadziei. Można nieustannie robić to samo, oczekując zmiany. Cud i owa zmiana mogą nie nadejść, ale na krótką metę taka nadzieja stanowi obronę. Chroni przed rozpaczą, żalem i bólem, nawet jeśli okazuje się, że nasze oczekiwanie spełzło na niczym, a na finiszu czeka nas zawód, rozczarowanie, gorycz, porażka, klęska i złość.

Utrzymanie bieżącej nadziei mogą nam dodatkowo utrudniać niepomyślne rokowania na temat kondycji współczesnego świata i człowieka. I takie też, mocno dramatyczne, są poglądy francuskiej intelektualistki i filozofki polityki Chantal Delsol. Uważa ona, że człowiek późnej nowoczesności nie ma podstaw do posiadania nadziei, ponieważ jest niewrażliwy, pozbawiony odpowiedzialności za siebie i innych, nie jest też świadomy godności ludzkiej. W efekcie brak nadziei przejawia się dwutorowo: jako bunt wobec rzeczywistości, bo rozwojowy wiek XX nie przyniósł doskonałości społecznej, zatem po co mieć dalej nadzieję, oraz jako trwanie w bezruchu bez określonych oczekiwań, które mimo dobrobytu, okazałyby się puste. Mimo tak pesymistycznych opinii, nadzieję trzeba chwytać niczym przysłowiową ostatnią deskę ratunku, mieć „nadzieję, że nadzieja przyjdzie” (Albert Camus), bo nadzieja to narzędzie ułatwiające życie, w które warto się wyposażyć.


Odzyskuję nadzieję

Wielu psychologów uważa nadzieję za tzw. podstawową zmienną motywacyjną. Wszystkie ich teorie łączy wiara w pozytywne efekty podjętych działań i oczekiwanie na nie oraz zaufanie światu – sobie, innym, w sens życia i rozwoju oraz w ludzką godność. Dlatego „musisz odnaleźć nadzieję i nieważne, że nazwą ciebie głupcem...”, jak śpiewa Katarzyna Nosowska z zespołu Hey. To racja, bo życie bez nadziei to życie w beznadziei. Odpowiadając na pytanie postawione na wstępie: nadzieja to nie kamikadze, przeciwnie – to siła, która ciągnie nasze życie ku górze. To właśnie nadzieja pozwala nam budzić się rano w zbiorze oczekiwań. Zatem powiedzmy to wprost – „jest nadzieja”.

 

Źródła: